iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Rozmiar ma znaczenie!

 

Pierwszy może mieć nawet 30 centymetrów długości we wzwodzie. Jest fioletowy, brązowy lub w różowe paski. Zrobiony z marcepanu i czekolady, nazywa się "Max i King". Drugi – mleczny, z karmelem w środku, oblany czekoladą – to "Kinder Maxi King", specjał włoskiej firmy Ferrero. Obydwa mają ważne zadanie - dać rozkosz naszemu podniebieniu. Jest jednak pewien problem: pierwszy wygląda jak penis i nie jest wskazany dla dzieci.

Można się jednak pomylić. Okazało się bowiem, że wielbiciele słodyczy w poszukiwaniu "Kinder Maxi Kinga" wchodzą na internetową stronę Maxiking.pl. A tam czeka ich niespodzianka – czekoladowe rarytasy tylko dla dorosłych. Firma Ferrero zażądała zamknięcia domeny Maxiking.pl, która powstała przed dwoma laty. Jej przedstawiciele bronią się jednak, że wina leży po stronie Włochów, którzy nie zastrzegli znaku towarowego Maxiking.pl. Logo tego ostatniego nie kojarzy się zresztą z batonikiem. Na obrazku widzimy czarnego penisa w koronie, który z dumą prowadzi na smyczy swojego psa (ten jest zapewne psem na kobiety, a nie na łasuchów).

Inaczej ma się rzecz z reklamą "Kindera", która dosłownie ocieka seksem. Oglądamy tu czarnoskórych raperów nad basenem, rozebrane dziewczyny w bikini, a w międzyczasie pojawia się on – mleczny, karmelowy, do schrupania. Prawdziwy King. Pytanie tylko, czy ktoś go wykorzystał? Również seksualnie...

Jeżeli już jesteśmy przy agresji, przywołam temat zdecydowanie mniej kaloryczny. Anna Fotyga, w imię jakże zmiennej polityki miłości między PO a PiS-em, może zostać ambasadorem przy ONZ-cie w Nowym Jorku. Była minister spraw zagranicznych wyznała wczoraj przy okazji, że jest głęboko poraniona. Ona - kobieta z takim życiorysem była – jak mówiła Fotyga – nazywana "kuchtą", "tłumokiem", "idiotką". – To się próbuje teraz robić z Jarosławem Kaczyńskim i z prezydentem – dodała z charakterystyczną powagą.

Co ciekawe, już druga kobieta w ostatnim czasie własną piersią broni prezydenta. Przed dwoma dniami Elżbieta Jakubiak z PiS-u pogroziła paluszkiem mediom, a w szczególności operatorom, którzy podobno złośliwie kadrują Lecha Kaczyńskiego. Przez co ten jest w telewizji "mały, gruby i krzywo siedzi”. – Ma okrągłą głowę, ale gruby nie jest – podkreślała Jakubiak. Ale kiedy padło pytanie, ile głowa państwa ma wzrostu, odpowiedziała: - To tajemnica państwowa.

"Złe języki" od razu doniosły, że 168 centymetrów. I jak tu wierzyć, że rozmiar nie ma znaczenia?
 

Komentarzy: 0
Małysz umarł? A może Miłosz?

 

Żyjemy w czasach Photoshopa. Kolorowe magazyny zaludniają gwiazdy wypolerowane, wyczyszczone, poprawione, podciągnięte, odchudzone. Czasem nie do poznania. Szczególnie, jeśli fotoedytora (albo samą "znaną twarz") poniesie ułańska fantazja. Doszło już nawet do tego, że gwiazda bez gazetowego liftingu uchodzi za sensację.

"Zobacz prawdziwe zmarszczki Brada Pitta!" przeczytałam w jednym z portali, kiedy magazyn "W" opublikował "sensacyjną" – jak napisano - sesję zdjęciową Brada Pitta. Na czym polegała sensacja? Otóż aktor, znany chociażby z "Podziemnego kręgu" czy "Siedem", pojawił się na łamach pisma bez retuszu. Też mi rewelacja – pomyślałam sobie. Taki aktor, jeśli poważnie traktuje swój zawód, powinien żądać, żeby Photoshop oszczędził jego naturalne bruzdy na czole.

Problem w tym, że ludzie chcą oglądać świat wyidealizowany. Świat wspomagany botoksem, silikonem, skalpelem czy Photoshopem. Ja nie chcę. Sto razy bardziej podoba mi się 46-letni Brad Pitt ze zmarszczkami, niż wygładzony do bólu Krzysztof Ibisz, który niedawno usunął sobie wory pod oczami. Czy ludzie naprawdę wolą oglądać Kena wysmażonego w solarium od mężczyzny z krwi i kości?

W pewnym sensie nawet to rozumiem. Konkurencja jest duża. Dziś gwiazdą może być każdy. Wystarczy pojawić się w popularnym serialu, powiedzieć w telewizji coś kontrowersyjnego, pokazać tyłek. Podnieść oglądalność. Niedawno na tych łamach pisałam o historii Jade Goody, brytyjskiej gwiazdki "Big Brothera," która toczyła walkę z rakiem na oczach milionów. Pogrzeb byłej asystentki dentysty stał się wielkim show na miarę ceremonii pożegnalnej księżnej Diany. Dlatego nikt się nie zdziwił, kiedy kilka dni temu w słynnym muzeum Madame Tussaud stanęła figura woskowa Goody. Obok Baracka Obamy, Beatlesów, Roberta De Niro.... Ktoś powiedział, że Jade stała się gwiazdą, bo była... naturalna. Nie miała żadnych talentów, po prostu mówiła i robiła, co chciała.

Dziś, żeby zostać gwiazdą, najlepiej być kretynką – mówi w rozmowie z Onetem znakomity aktor Andrzej Grabowski. Przytacza przykład pewnej "wyuzdanej brunetki" ze słabością do tipsów, która publicznie przyznała, że nie wie, kim był Czesław Miłosz. To tylko poza, trick, który nieźle się sprzedaje – uważa aktor. I zapewne ma rację.

"Czy trzeba być idiotką, żeby być kimś?! Trzeba być kretynką?! Trzeba być w złym guście i ubierać się jak k...?! Rany boskie! – oburza się Grabowski. - Skąd bierze się w człowieku taka postawa: jeśli nie wiem, kim jest Jan Paweł II, to będę interesujący?" – pyta.

A na dokładkę opowiada kawał:

"Facet mówi do faceta:

- Wiesz, że Małysz umarł?
- Jak to Małysz umarł?
- No, umarł.
- Jak to? Małysz? A skąd wiesz?
- No, w telewizji pokazywali.
- Hm..., a może to nie Małysz, tylko Miłosz?
- Może..."

Komentarzy: 3
Ten słoń jest gejem?

 

Ten słoń nazywa się Bombi,
Ma trąbę lecz na niej nie trąbi.
Dlaczego? Nie bądź ciekawy,
To jego prywatne sprawy -

- pisał w swoim wierszyku Jan Brzechwa. Radny PiS-u z Poznania – Michał Grześ rady nie posłuchał i wścibia nos w prywatne sprawy słonia. Ninio mieszka w tamtejszym ogrodzie zoologicznym i zdaniem samorządowca – jest gejem. Jak twierdzi Grześ – słoń nie tylko woli swoich kolegów, ale także bije trąbą samice i spycha je do basenu. A to już zakrawa na kryminał.

Ninio, który wcześniej nazywał się Lotek i był symbolem Totolotka, nie miał łatwego życia. Za pieniądze totalizatora trafił z Izraela do Warszawy, gdzie za swój ognisty temperament – jak mówi radny PiS-u - był izolowany w zoo. Po trzech latach został sprzedany na Węgry. I tu niespodzianka: słoń okazał się polskim patriotą. Za nic w świecie nie chciał wysiąść z samochodu na madziarskiej ziemi. Trzeba go było uśpić i wyciągnąć za nogi. W końcu trafił do Poznania.

I tu też nie zaznał spokoju. Radny Grześ szczyci się tym, że nagłośnił sprawę jego orientacji. Twierdzi, że fama o Ninio – homoseksualiście przyciąga do poznańskiej słoniarni prawdziwe tłumy. Taki chwyt reklamowy – na geja. Sprawa nie jest jednak jasna. Jak twierdzą fachowcy, dziesięcioletni Ninio jest jeszcze zbyt młody, żeby rozszyfrować, czy – mówiąc po ludzku – "leci na babki" (czytaj: słonice). Słonie osiągają bowiem dojrzałość płciową w wieku 14 lat.

Zresztą inwigilowany nie ma na razie specjalnego wyboru, nawet jeśli nabrałby ochoty na płeć przeciwną. W zoo, oprócz niego, znajduje się na razie tylko jego siostrzeniec. Wkrótce ma tu zamieszkać również słonica z Holandii. Ale pewnie się okaże, że jest lesbijką i pali trawkę.

Słowem, Sodoma i Gomora. Losem Ninio – jak pisze "Dziennik" – zaniepokojony jest Robert Biedroń, szef Kampanii Przeciwko Homofobii. Obawia się, że słoń znów będzie izolowany w zoo z powodu swojej domniemanej orientacji homoseksualnej. W końcu heteryków nikt się nie czepia - zauważa.

I tylko pewnie biedny Ninio nie wie, co jest grane. Ludzi w ogrodzie przybywa. Gapią się na niego, czekają na jakieś show, czy też raczej peep-show. Kto wie, może wkrótce przez poznańskie zoo ruszy Parada Równości. Ciekawe tylko, kto dostanie w trąbę?
 

Komentarzy: 0
Azja i jego pohańcy w TVP

 

Wojnę domową o pilota wygrywa zazwyczaj moja córeczka Milenka. Walkowerem. Zresztą wszystkie propozycje programowe TVP ponoszą u nas fiasko w starciu z "Clifordem" czy "SamSamem" z kanału MiniMini. Ewentualnie z Kubusiem Puchatkiem (to na DVD). I nawet "Wiadomości" z pojawiającą się i znikającą tajemniczo Hanną Lis nie są w stanie przebić zabawy Prosiaczka z cieniem, który też to i owo potrafi.

Telewizję publiczną oglądam rzadko, coraz rzadziej. Głównie dlatego, że nie mam czasu. Poza tym programy, które mnie interesują, pojawiają się zazwyczaj koło północy. Albo i jeszcze później. Już dawno pogodziłam się z tym, że TVP realizuje swoją misję (cokolwiek to znaczy) dla wybrańców, w nocy. Od święta też w sobotę, z samego rana (patrz nowy magazyn kulturalny "Pegaz").

Raz po raz słyszę, że TVP to bagno, w którym marnuje się państwowe pieniądze. Rodzaj złotego cielca, na którym każda partia chce położyć swoje łapy. Problem w tym, że zmieniają się prezesi, zarządy, koledzy kolegów..., ale telewizja pozostaje ta sama.

Kiedy jednak na stanowisku prezesa TVP po Andrzeju Urbańskim pojawił się Piotr Farfał, były Wszechpolak, uznałam, że to obciach i szczyt wszystkiego. Dziwiło mnie tylko, że jakoś nikt specjalnie nie protestuje. Co jakiś czas odzywały się jakieś pojedyncze, słabo słyszalne głosy sprzeciwu. Kiedy współpracę z TVP zerwała ceniona niemiecko-francuska telewizja ARTE (uznała, że firma zarządzana przez znanego z nacjonalizmu Farfała, jest sprzeczna z jej wartościami), odezwali się również inni.

Reżyserzy Andrzej Wajda, Agnieszka Holland, Krzysztof Krauze, Małgorzata Szumowska, Kazimierz Kutz, Jan Klata, aktorzy Joanna Szczepkowska i Jan Nowicki, wreszcie Marek Edelman, ostatni żyjący przywódca w Getcie Warszawskim - wszyscy oni ostro skrytykowali sytuację w TVP, nawołując jednocześnie do jej bojkotu w dniu ustanowienia Konstytucji 3. Maja.

Szanowny Panie Premierze, czy nie wstyd Panu, że neofaszysta kieruje publiczną telewizją? – napisał w liście na łamach "Gazety" Marek Edelman.
Jeden z najwybitniejszych reżyserów teatralnych Jan Klata zaproponował, żeby instytucję przy Woronicza wysadzić w cholerę i zrobić tam ogródek warzywny. Polska dla Polaków - ziemia dla ziemniaków! Warzywa są zdrowe, a przysłowiowa marchewka robi na oczy dużo lepiej niż TVP - dodał.

Równie mocno bezkompromisowy był Andrzej Saramonowicz, współtwórca takich hitów, jak "Testosteron" czy "Lejdis". "Burdel" w Telewizji Polskiej trwa, odkąd pamiętam, czyli dobrych kilkanaście lat. Ta instytucja gnije (...). Co gorsza, każdy nowy prezes traktuje TVP jak Azja Tuhajbejowicz Ewkę Nowowiejską, czyli oddaje ją w łapy swoich pohańców, którzy gwałcą i gwałcą bez opamiętania.

Brzmi to wszystko tragicznie. Tym bardziej, że nawet sami protestujący nie do końca wierzą w siłę swojego sprzeciwu. Zbyt wielu niezdolnych ludzi ma tam do zarobienia zbyt wiele pieniędzy, by pozwolili na uzdrowienie tej instytucji – pisze Saramonowicz. - Muchy nigdy nie będą zainteresowane zreformowaniem gówna.

Komentarzy: 3
Goło i wesoło, czyli klejnoty w koronie

 


Słyszeliśmy już, że "Kopernik była kobietą", ale że Leszek Miller? Nie, tego jeszcze nie było.

W mediach szerzy się ostatnio wirus na publiczne wyznania ex-premierów. Kazimierz Marcinkiewicz opowiada wszem i wobec o swojej miłości do Isabel. Z kolei Miller wyznał, że jest lesbijką. I to z powodu... Wojciecha Olejniczaka.

Były premier zmienił swoją orientację seksualną na wieść o tym, że Olejniczak został wybrany najseksowniejszym politykiem. Kiedy wyszło na jaw, że to wynik sondy na jednym z gejowskich portali, Miller wyznał: "Nie mogę się kompetentnie wypowiadać w tej sprawie, bo jestem lesbijką, podobają mi się tylko kobiety".

Na przykład taka Doda. Zdaniem Leszka Millera, który – jak się okazuje – jest kobietą, kontrowersyjna wokalistka mogłaby być świetną "lokomotywą" SLD. Dziewczyna ma w końcu parę w płucach. I jest lepiej wyposażona niż Paris Hilton – o czym przypomniał niedawno Radosław Sikorski.

Walory Dody są bez wątpienia w cenie. I nieźle się sprzedają, szczególnie w negliżu. Na podobny chwyt marketingowy wpadł ostatnio francuski tyczkarz Romain Mesnil, srebrny medalista mistrzostw świata w Osace w 2007 roku. Kiedy w dobie kryzysu opuścili go sponsorzy, sportowiec postanowił sam się zareklamować... nago. Rozebrany do rosołu biegał z tyczką po ulicach Paryża, ku zaskoczeniu turystów i mieszkańców. Chciał zapewne wprost pokazać, że jest goły jak święty turecki.

Pomysł dobry, bo Mesnil zwrócił na siebie uwagę. Obawiam się jednak, że w dobie kryzysu golasy zaczną nam wyrastać na ulicach jak grzyby po deszczu.

Osobiście nie mam nic przeciwko nagości, szczególnie w męskim wydaniu. W niedzielę miałam okazję zobaczyć w Teatrze Polskim we Wrocławiu Galę Przeglądu Piosenki Aktorskiej. W jednej z piosenek, zainspirowanej słynnym "Pachnidłem", w roli mordercy dziewic pojawił się młody, zdolny aktor – Bartosz Porczyk. W pewnym momencie zrzucił z siebie futro i stanął przed nami w pełnej krasie. Publika wyraźnie się ożywiła. Przeszło trzygodzinny występ, inspirowany największymi dziełami światowej literatury, tak podsumowały dwie dystyngowane panie w średnim wieku:

- Było na czym oko zawiesić – mówiła blondynka w eleganckiej, czarnej garsonce, wychodząc z teatru.
- Tak, niezłe ciacho! – dodała jej koleżanka z wypiekami na twarzy, z wyglądu nauczycielka.
- A ostatnio byłam taka zdegustowana teatrem - kontynuowała elegantka. - Gotowa byłam nawet stwierdzić, że to sztuka archaiczna. A tu taka niespodzianka!
- Tak, prawdziwy klejnot w koronie – podsumowała "nauczycielka", która też bez wątpienia odzyskała wiarę w sztukę. - A nawet klejnoty...

Komentarzy: 0
Reality show ze śmiercią

 


Jade Goody, gwiazdka "Big Brothera", zrobiła ze swojego życia i śmierci medialne widowisko. Momentami żenujące, momentami kiczowate. Ale była w tym wszystkim szczęśliwa. I przy okazji prawdopodobnie uratowała życie innym kobietom, które dzięki jej postawie poszły do lekarza się przebadać. Jest jeszcze inna ważna rzecz: to właśnie 27-letnia Goody, walcząca z rakiem szyjki macicy, pokazała, że można umierać z uśmiechem na ustach.

Przyznam się szczerze, że kiedy telewizja pokazywała relacje z ostatnich dni życia Jade, od razu zmieniałam kanał. Takie kupczenie własnym życiem wydawało mi się bardzo smutne. Łysa dziewczyna z wenflonem w ręce całowała się przed kamerami ze swoim chłopakiem, z którym przed śmiercią zdążyła jeszcze wziąć ślub. Oczywiście na oczach milionów. Za zgodę na ekskluzywny materiał z ceremonii dostała od jednej z gazet 700 tys. funtów – jak podały media. Ona sama podkreślała, że robi to wszystko dla swoich dwóch małych synków. Że pieniądze zostaną przekazana na ich edukację.

Tyle tylko, że Goody, niegdyś asystentka dentysty, nie była biedna. Wręcz przeciwnie. Po tym jak w 2002 roku stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych gwiazdek "Big Brothera", potrafiła wykorzystać swoją szansę. Stała się ulubienicą tabloidów. Wydała własną autobiografię, potem kolejną. Założyła sieć salonów urody, wprowadziła na rynek perfumy firmowane własnym nazwiskiem i prowadziła kilka własnych programów w telewizji. W 2007 roku jej majątek szacowano na 8 milionów funtów, a ona sama została uznana przez magazyn "Heat" za jedną z 25. najbardziej wpływowych osób na świecie.

Niepojęte? A jednak. Mimo że Goody specjalnie nie grzeszyła inteligencją. Przynajmniej w "Big Brotherze". Nie jeździła na różowym, pluszowym koniu jak Jola Rutowicz, za to twierdziła, że Cambridge to dzielnica Londynu, truskawki to warzywa, a Rio de Janeiro to osoba. Do tego upijała się i tańczyła nago na oczach milionów. W kolejnej edycji, tym razem dla znanych osób, wystąpiła razem ze swoją matką i chłopakiem. Z programu została wyrzucona z powodu niewybrednych rasistowskich zaczepek wobec aktorki z Bollywood.

Goody szybko wyciągnęła z tego wnioski. Przeprosiła i wystartowała w indyjskiej edycji "Big Brothera". To właśnie tam dowiedziała się, że jest śmiertelnie chora. Zrezygnowała z programu i rozpoczęła walkę z chorobą. W lutym tego roku dowiedziała się, że zostało jej kilka tygodni życia. Poprosiła na łamach gazet o eutanazję. 22 lutego wyszła za mąż za swojego chłopaka – modela Jacka Tweeda. Goście weselni bawili się w XIV-wiecznej posiadłości. W sprawie ślubu interweniował nawet brytyjski minister sprawiedliwości. Tweed miał bowiem sądowy zakaz opuszczania domu za pobicie.

Najwięcej kontrowersji wywołała jednak decyzja Goody o sprzedaży praw do sfilmowania jej ostatnich dni życia, w tym także momentu śmierci. Żałosne? Być może. Ale ona miała odwagę spełnić swoje marzenia. I choćby za to należy się jej szacunek.

Inna sprawa, że Jade podpisała kontrakt z diabłem. Korzystała z tego, ale bez wątpienia niektóre media żerowały na jej tragedii. Jeszcze przed śmiercią celebrytki, magazyn "OK!" opublikował żałobny numer gazety z ostatnim wywiadem kobiety. Na okładce znalazły się daty 1981-2009 oraz zdanie "In Loving Memory". Zapewne ktoś doszedł do wniosku, że dzięki takiemu zabiegowi więcej zarobi. W dniu śmierci przecież wszyscy będą o tym trąbić.

To właśnie media odzierają ludzi z intymności. Choć przy takich zarzutach zawsze pada argument, że "przecież sami tego chcemy”. Ja nie chcę.

Pamiętam zamieszanie, jakie w 2007 roku wywołał w Polsce film znakomitego dokumentalisty Marcina Koszałki "Istnienie" o aktorze Jerzym Nowaku, mistrzu drugiego planu, znanym m.in. z "Ziemi obiecanej". Wcześniej media obiegła plotka, że bohater jest śmiertelnie chory, a kamera Koszałki będzie towarzyszyła mu aż do momentu śmierci, a nawet później, podczas eksperymentów z jego ciałem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Aktor miał bowiem zapisać swoje zwłoki w testamencie do celów naukowych.

Podczas premiery sale kinowe oblegały tłumy. Szybko okazało się jednak, że sensacji nie ma. Że Koszałka zrobił film o starym człowieku, który oswaja nieuchronną śmierć. Sam Nowak wyjaśnił sprawę w jednym z wywiadów: „Jeszcze się na tamten świat nie wybieram. Co więcej, myślę sobie czasem, że dzięki temu zamieszaniu mam zapewniony długi żywot. Przywołam fragment starej piosenki: "Celikowski robi trumnę, a ja jemu gówno umrę. A grabarz mi grób muruje, niech mnie w dupę pocałuje". Za przeproszeniem.
 

Komentarzy: 1
Sex na języku

 

Hej ho, hej ho, jesteśmy piratkami. Nikt nas nie wystraszy, nikt nie wygra z nami... – śpiewam razem z moją córeczką Milenką, płynąc statkiem o nazwie Hecny Homar na spotkanie z przygodą, a konkretnie ze złą Waniliową Płastugą. I raczej nie przyszłoby nam do głowy, żeby słowo "piratka" zamienić na "pirata". Powiem więcej: "piratka" brzmi dumnie. Choć nie obrażamy się też na per "pani".

Innego zdania zapewne byłby Parlament Europejski, który właśnie zabronił stosowania na swoim forum zwrotów "panna" czy "pani". Parlamentarzyści mają się teraz zwracać do – za przeproszeniem – pań po imieniu. A to wszystko w imię idei równouprawnienia i płciowej neutralności języka.

To zresztą jeszcze nie koniec. Źle widziane są także słowa, które sugerują płeć takie, jak: "strażak" (fireman), "dyrektor" (headmaster), "sprzedawca" (salesman). Zamiast "stewardessa" trzeba na przykład mówić: "opiekunka lotu", zamiast "policjant" (policeman) – "funkcjonariusz policji", a "sportowca" (sportsmen) trzeba wymienić na "atletę". No po prostu czysty absurd.

Może ktoś tu upadł na głowę? Albo sam jest płciowo neutralny? Szkoda tylko, że takie projekty wprowadza się w Parlamencie Europejskim za nasze, unijne pieniądze. Proponuję jeszcze zarządzić neutralny płciowo wygląd, tzw. unisex. Mężczyźni niech zgolą wąsy i brody, kobiety zapuszczą włosy na nogach, wyrzucą staniki i szpilki. Stworzymy nową jakość. Niech żyje HIPERPOPRAWNOŚĆ! Niech żyje NEUTRALNOŚĆ!

Stefania Grodzieńska, skądinąd stuprocentowa kobieta, tak o płci języka pisała w jednym ze swoich felietonów z czasów PRL-u: "Zupełnie rozkleiłam się, kiedy pewna instytucja zawiadomiła w nekrologu, że zmarł nasz drogi kierownik, Helena taka a taka".

Pisarka zdawała sobie sprawę z doniosłości problemu i wybrała mniejsze zło. Jeżeli chcemy uniknąć "pudrującego nos elektrotechnika Krasińskiej" – pisała - musimy się zgodzić na "pudrującą nos elektrotechnik Krasińską", tak jak prosimy do telefonu magister w odróżnieniu od magistra.

Jako ilustrację płciowego problemu językowego autorka dała fragment swojej powieści z życia kobiet pracujących  (bez użycia słowa "pani"):

"Doktor kazała powtórzyć doktor, żeby doktor wstąpiła do doktor, to doktor już doktor powie, czego doktor od doktor potrzebuje – powiedziała instruktor, podając klucze felczer, zostawiła polecenie dla monter i wyszła ze szpitala.
Instruktor nie było lekko na sercu. Podejrzewała, że mąż zdradza ją z introligator".

Dodam jeszcze, że rzecz kończy się tragicznie. Niewierny mąż przysłał instruktor depeszę: "Żegnaj STOP uciekam z technik dentystyczny".

Spece od neutralności języka z Parlamentu Europejskiego zapewne zamieniliby "męża" na "partnera", który byłyby jednocześnie "żoną". Czy ktoś rozumie jeszcze, o co tu chodzi?

W tym momencie po raz kolejny zacytuję Panią Stefanię Grodzieńską:

"Chciałabym zabrać głos jako kobieta. Od wieków prześladowane jesteśmy przez mężczyzn. Nie wszystkie, niestety...".

 


 

Komentarzy: 4
Polowanie na szczura i gołą babę w wannie

 

Ja od kilku dni szukam wiosny, a działacze PiS-u "szczura". Gagatek nieźle sobie nagrabił. Otóż wyznał anonimowo na łamach "Dziennika", że do słynnych już spotów reklamowych partii "trudno było znaleźć panie, które wyglądają i mają coś do powiedzenia". Podobno oburzony Jarosław Kaczyński osobiście polecił odszukać "szczura", który coś takiego chlapnął. Polowanie trwa. "Szczur", czy też raczej "myszka" uciekła do dziury. I nabrała wody w usta.

Zamilkła też ostatnio najsłynniejsza nasza współczesna poetka na uchodźstwie – Isabel, czyli ukochana Kazimierza Marcinkiewicza. Jej twórczość rozbudziła jednak ambicje innych. Swój talent objawił ostatnio światu Janusz Wojciechowski, eurodeputowany PSL "Piast", zainspirowany "sprawą" Waldemara Pawlaka.

Nie ma jak to życie w straży
Choćby kryzys, to się darzy
Zwłaszcza, gdy strażacki zarząd
Bezpośredni wpływ ma na rząd

Tu subwencja, tam dotacja
Tutaj spółka, tam fundacja
Tutaj kontrakt, tam posadka
Tu kolega, tam znów matka...

- napisał Wojciechowski, pokazując zresztą całkiem niezły warsztat. Mam jednak wrażenie, że Waldemar Pawlak, "Naczelny Strażak RP", szybko ostudzi jego poetyckie zapały. I przy najbliższej okazji zmyje byłemu koledze z PSL-u głowę. Albo pogrozi mu sikawką.

Kryzys w pełni, ludzie szukają oszczędności, gdzie tylko się da. Niejaki radny Michalski, jak donosi "Gazeta", doznał finansowego olśnienia. A to wszystko za sprawą zdjęcia bielskiej artystki Katarzyny Legendź pt. "Water/Fire", które rzekomo zobaczył na wystawie. Michalski stwierdził podczas sesji rady miejskiej, że jest kryzys, ale niektóre placówki finansowane przez miasto mają to gdzieś i promują rzeczy kontrowersyjne. Jako przykład podał galerię BWA i wspomniane zdjęcie Legendź. Na fotografii widzimy młodą, nagą kobietę w wannie, której pewien mężczyzna przypala papierosa. "Nie wiem o co chodzi! – oburzał się radny. - Żeby papierosy promować w wannie?! Czy to ma przypominać sztukę? Panie prezydencie! Czy pan może porozmawiać z decydentami w galerii?" – pytał podczas sesji radny.

Prezydent miasta uznał, skądinąd słusznie, że czasy cenzury mamy już za sobą i nie skorzystał z sugestii radnego. Zresztą miał w pamięci przypadek sprzed kilku lat, kiedy to inny radny zastanawiał się, czy artystka na autoportrecie ma majtki pod sukienką, czy nie.

Tym razem wyszło na jaw, że radny Michalski zobaczył zdjęcie "nagiej kobiety odpalającej papierosa w wannie" w kwartalniku, a nie na wystawie w galerii BWA. Bo na wystawy nie chodzi. Zapewne z powodu oszczędności.

Zaoszczędzić, przynajmniej na własnych nerwach, chciał też pewien Brytyjczyk, który dla żartu wystawił swoją zrzędliwą żonę na sprzedaż w inernecie. Na stronie zamieścił ogłoszenie: "Narzekająca żona. Bez podatku. Wysokie koszty utrzymania, trochę rdzy". Kryzys kryzysem, ale rdzą nikt się nie przejął. Małżonka miała duże wzięcie w sieci. Po raz kolejny okazało się, że lepszy rydz, niż nic :)

Komentarzy: 2
O idolach, kocie i Palikocie

- Ja będę premierem! – stwierdziła trzyletnia Maja, a wszystkie dzieci w piaskownicy spojrzały na nią z uznaniem.
- A ja Dodą! – dodała Ela pewna swej wyższości nad premierem.
- A ja Palikotem – wypalił Rafał, rezolutny czterolatek.
 

Premiera to jeszcze rozumiem: podczas głosowania w Sejmie gra w piłkę – to się może dzieciom podobać. Doda – wiadomo, reklamuje lody. Ale Palikot? Palikot w ustach czterolatka brzmi co nieco dziwnie.
- A czy ty wiesz, kto to jest Palikot? – spytałam Rafałka o jego idola.
- No pewnie, że wiem. To taki milioner z telewizji, co gnębi Kaczora – wyjaśnił maluch.
- A dlaczego go gnębi? – drążyłam temat.
- Bo nie lubi jego kota.

Nic mi nie wiadomo o niechęci Palikota do kota czy w ogóle do jakichkolwiek innych zwierząt, ale dzieci swoje wiedzą. Nie zmienia to faktu, ze poseł PO ma od dłuższego czasu swój festiwal w mediach. Niedawno widziałam na przykład w telewizji śniadaniowej, jak zmieniał pieluszki... lalce. Choć tak naprawdę nie wiem, co to miało znaczyć: że polityk też potrafi? Że nawet dziecięca kupka nie jest mu obca? Niedługo pewnie zobaczymy, jak poseł Palikot przeprowadza staruszki przez ulicę.

W każdym razie jest już idolem. Przynajmniej w piaskownicy. W rankingu maluchów nie pojawiło się natomiast nazwisko Michała Żebrowskiego. Aktor nie ma ostatnio dobrej prasy. Przy okazji Dnia Kobiet został nawet nazwany "dupkiem”. I to nie przez byle kogo, ale przez cenioną dziennikarkę Dorotę Wellman. Jak to Skrzetuski dupkiem? Pan Tadeusz dupkiem? – zdziwiłam się.

Otóż okazało się, że Żebrowski wpadł przez... żonę. W dodatku przyszłą. Aktor miał rzekomo powiedzieć dziennikarzowi "Super Expressu", że żona jest mu potrzebna głównie do garów i do sprzątania. "Jestem już w tym wieku, że ciężko pracuję i muszę wracać do domu, który jest czysty i zadbany. Sam w domu nie sprzątam” – cytował aktora dziennik.


Jako że jestem pozytywnie nastawiona do świata, od razu pomyślałam sobie, że facet żartował. W końcu śpiewał jeszcze całkiem niedawno seksownym głosem: "Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,/ kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu..." O garach i odkurzaniu nic tam w każdym razie nie wspominał.

Wkrótce szydło wyszło z worka i okazało się, że aktor został – jak to sam określił – zmanipulowany przez "Super Express" i że teraz zamierza walczyć o swoje dobre imię w sądzie. Dorota Wellman z "dupkiem" się zagalopowała, bo uwierzyła w to, co napisał tabloid. Z drugiej strony warto pamiętać, że istnieje święte prawo do autoryzacji. Szczególnie, jeśli się mówi o żonie :)

Wracając jednak do idoli. Mój idol - Krzysztof Kąkolewski, znakomity reporter, nazwał niedawno swoją żonę "ochmistrzynią”, bo ta załatwia za niego wszystkie sprawy w urzędach. On sam nie znosi bowiem współczesnych urzędników i ich brutalności.
"Każdy ma swoją rolę" – mówił Kąkolewski w magazynie "Sukces". Zacytował przy tym Ewę Frykowską, pierwszą żonę Wojtka Frykowskiego (zamordowanego przez sektę Mansona w willi Romana Polańskiego), która niegdyś podzieliła życie na miłość i administrację. "Moja jest miłość – powiedział pisarz. - Administrację oddałem Joasi" (czyli żonie - red.). Dodał też, że przed laty wyrzekł się dla niej "dziwkarstwa" i "starokawalerstwa".

Co za heroizm, panie Krzysztofie:) Co za poświęcenie! Mnie się zdaje, że chyba każdy woli miłość od administracji. Przy tej okazji pozwolicie, że oddam hołd wszystkim "ochmistrzom" i "ochmistrzyniom", którzy nie mają szans załapać się na idoli. Nawet w piaskownicy.

 

Komentarzy: 0
Pikantne anegdoty Gustawa-Konrada


"Panie Gustawie, talent talentem, ale trzeba też jakoś wyglądać" – powiedziała kiedyś do Gustawa Holoubka pewna pani. On sam nie przejmował się takimi drobiazgami. Wręcz przeciwnie, lubił się z siebie śmiać, a pikantnymi dowcipami, sypał jak z rękawa. 6 marca mija pierwsza rocznica śmierci wielkiego aktora.

Słynny odtwórca roli Gustawa-Konrada lubił opowiadać anegdotę o wielkim szekspirowskim aktorze Edmundzie Keanie, który miał podobno romans z królową Anglii. Po spektaklu zjawiał się w jej pokoju kolejno jako Hamlet, Makbet, Ryszard III, Otello... Spędzali razem upojne noce. Aż pewnego razu Królowa poprosiła, żeby przyszedł do niej po prostu jako Edmund Kean. - To niemożliwe – odpowiedział jej aktor. - Bo prywatnie jest impotentem.

Holoubek lubił flirtować z kobietami, a te zazwyczaj go uwielbiały. Choć nie zawsze. Przed laty grał w jakimś filmie Żyda, którego pewien fotograf z Zakopanego ukrywał podczas wojny w futrze białego niedźwiedzia, pozującego do zdjęć z turystami. Na planie kręciło się mnóstwo ślicznotek. Podrywała je cała ekipa: dźwiękowcy, operatorzy, oświetleniowcy. Żadna z dziewczyn nie zwracała jednak uwagi na niedźwiedzia. W końcu aktor nie wytrzymał, zerwał z siebie futrzany łeb i zawołał: - Jestem Gustaw Holoubek!

- Odp...l się misiu" – odpowiedziała mu na to jedna z dziewczyn.

Na scenie aktor mówił językiem Mickiewicza czy Szekspira, przy kawiarnianym stoliku często żartował dosadnie, nie przebierając w słowach. Wszyscy chyba znają słynną anegdotę o podchmielonym Janie Himilsbachu, który wpadł kiedyś do SPATiF-u, krzycząc: - Inteligencja wyp...ć!. Na co Gustaw Holoubek wstał, rozejrzał się po sali i powiedział: - Panowie, nie wiem, jak wy, ale ja wyp...m.

Inna jego znana anegdota dotyczyła Kaliny Jędrusik. Słynąca z niewyparzonego języka aktorka, zapaliła na scenie papierosa podczas próby. Podszedł do niej strażak i powiedział: - Tu nie wolno palić. Jędrusik odparła ze spokojem: - Odp...l się, strażaku. Ten poszedł przemyśleć sprawę za kulisy. Po chwili wrócił na scenę, ale tam już nie było Jędrusik, tylko Barbara Rylska. On był jednak tak wściekły, że tego nie zauważył. Krzyknął do Rylskiej: - Ja też potrafię przeklinać, ty k... stara!.

Zszokowana aktorka pobiegła do reżysera Edwarda Dziewońskiego i opowiedziała mu o wszystkim. Wściekły reżyser poszedł do strażaka i powiedział: - A pan jest ch...!. Przy czym strażak był już inny. "Tak jest też z naszym życiem politycznym" – kwitował anegdotę Holoubek.

On sam również był bohaterem wielu anegdot. W "Hamlecie" w jego reżyserii w rolach grabarzy w scenie cmentarnej występowali Wiesław Gołas i Aleksander Dzwonkowski. W pewnym momencie panowie zaczęli się nudzić podczas próby, wyjęli pół litra i wkrótce zrobiło się trochę głośno. Holoubek przerwał próbę i ryknął: - Gołas, wyp...aj z grobu!  Wszyscy oczywiście wybuchnęli śmiechem.

Mimo poważnej choroby, Gustaw Holoubek starał się żyć pełnią życia. Pił whisky, palił papierosy i przesiadywał z kolegami w swoich ulubionych kawiarniach: w Czytelniku albo U Bliklego na Nowym Świecie. Na pytanie, dlaczego, tak jak inni aktorzy, nie grywa w reklamach, odpowiadał: "Jedyne co mógłbym reklamować, to viagra. Ale musiałbym wtedy pokazywać skutki jej zażycia, a na to nie mogę sobie pozwolić".

Uważał, że aktor musi się czasem wyluzować. "Nie można przez cztery godziny na próbie być nieustannie napiętym, skupionym – mówił w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" - aktor musi choć na chwilę wrócić do rzeczywistości. Krążą legendy o aktorach, którzy byli w nieustannej erekcji twórczej, ale to się skończyło katastrofą".

Może warto wziąć sobie słowa Mistrza do serca.

 

 

* Część anegdot pochodzi z książki Andrzeja Mrozińskiego "Oswajanie śmiechem. Gustaw Holoubek we wspomnieniach kolegów".

 

 

Komentarzy: 1
1 | 2 |

NAJNOWSZE WPISY

NAJNOWSZE KOMENTARZE

O MNIE

KATEGORIE

ARCHIWUM